Czas mroku. Jak Churchill zawrócił świat znad krawędzi

Portret Winstona Churchilla, przedstawiający polityka i męża stanu, jakiego dotąd nie znaliśmy. Książka scenarzysty „Czasu mroku”. Film w reżyserii Joe Wrighta, który ma na swoim koncie takie arcydzieła jak „Pokuta” czy „Anna Karenina”, z brawurową rolą Gary’ego Oldmana w kinach w styczniu 2018 r. Prawa do tłumaczenia nabyli wydawcy z wielu krajów.

„Biedni ludzie. Ufają mi, a ja będę mógł im zaproponować jedynie dramat”. Jak Winston Churchill zawrócił świat znad przepaści – Anthony McCarten

Kiedy Winston Churchill umarł, powiedziano o nim, że w owych mrocznych chwilach 1940 roku, kiedy Wielka Brytania stanęła sama oko w oko z potężnym przeciwnikiem, zmobilizował język angielski i posłał go w bój. Nie jest to jedynie zgrabna przenośnia.

Churchill wstawał stosunkowo wcześnie, choć obowiązkami często zajmował się, jeszcze leżąc w łóżku. Nigdy zresztą nie przykładał wielkiej wagi do konwenansów. Leżał i palił cygara, o których sir John Sinclair, oficer operacyjny departamentu wojny, pisał, że ich zapach „o tak porannej porze [o 7 rano] przyprawiał mój żołądek o mdłości. Rozkładałem mapę na jego brzuchu, kiedy przestawał się trząść, i mówiłem mu, jak Brytyjczycy są rozstawieni na linii rzeki Dijle”. Takie zachowanie nie było niczym nowym w przypadku Winstona, o czym aż za dobrze wiedział cały personel posiadłości Churchillów w Chartwell [wiejska rezydencja Churchilla, którą kupił w 1922 r. i w której mieszkał aż do 1965 r.].

Aby zapewnić sprawne funkcjonowanie organizmu do późnych godzin nocnych, Churchill sumiennie ucinał sobie dwugodzinną popołudniową drzemkę, po której często brał gorącą kąpiel (drugą tego dnia) o siódmej wieczorem. Jak opisuje Sonia Purnell, biografka jego żony Clementine, zawsze musiało to być „dwie trzecie wanny wody podgrzanej do dokładnie dziewięćdziesięciu ośmiu stopni Fahrenheita [36,6°C], po jego zanurzeniu się podgrzewanej dalej do stu czterech stopni [40°C] […]. Nie był za marnotrawstwem wody, ale lubił robić fikołki w wannie. Te niespokojne manewry powodowały, że ogromne ilości wody przelewały się na podłogę i spływały do szatni znajdującej się poniżej łazienki, na płaszcze odwiedzających osób”.

Potrafił energicznie szorować się szczotką i jednocześnie dyktować treść przemówień i notatek komuś z grona asystentów, kto zakłopotany czekał za progiem. Była sekretarka Chips Gemmell zapamiętała, jak została wezwana pod drzwi łazienki i musiała dyskretnie zakasłać, aby powiadomić o swoim przybyciu. Churchill krzyczał wtedy: „Proszę nie wchodzić!”, a ona posłusznie „stała na zewnątrz, zmuszona nasłuchiwać tych cudownych odgłosów łazienkowych, wyobrażać sobie wodę ściekającą z gąbki wyciskanej nad głową i dostającą się w dolne rejony pośród głośnych plusków. A od czasu do czasu wołał jeszcze: ‚Ale proszę nie odchodzić!’, więc trzeba było odpowiadać: ‚Ależ skąd, wciąż tu stoję’, a odgłosy kąpieli trwały w najlepsze. A czasami […] tak naprawdę niepotrzebnie się tam stało, gdy zapominał, co chciał powiedzieć”.

Biograf Churchilla Roy Jenkins napisał nawet, że Winston „miał coś z morświna, w tym sensie, że jedną z jego największych przyjemności zmysłowych, pierwszą zaraz po alkoholu, było zanurzenie się czy to w gorącej kąpieli, czy też w letniej wodzie morskiej”. Kiedy opuszczał już swoje umiłowane miejsce relaksu, nie miał skrupułów, żeby przejść przez korytarze rezydencji pierwszego lorda Admiralicji czy Downing Street 10. Jak ze szczegółami opowiadała jego córka Mary Soames, czynił to „niczym cesarz rzymski, owinięty w swój ręcznik kąpielowy, ociekając wodą od łazienki przez całą trasę do sypialni”. Jego podwładni i tak powinni uważać się za szczęśliwych, że raczył osłaniać się ręcznikiem. W Chartwell, swojej bezpiecznej przystani, gdy był zrelaksowany, paradowanie nago nie należało do rzadkości. Jak opisuje to Purnell, „po wszystkich ablucjach pokojowy Winstona wycierał go ręcznikiem do sucha, a potem on odmawiał włożenia szlafroka na siebie i jeśli akurat chciał udać się do innego pomieszczenia, szedł rozebrany. Jego nowi pracownicy byli w szoku, widząc całkiem zaróżowionego, ponadstukilogramowego przygarbionego golasa, mknącego w ich stronę z okrzykiem na ustach: ‚Przechodzę, proszę nie patrzeć!'”.

Inna jego była sekretarka, Elizabeth Gilliatt, wspomina, że po drugiej wersji komunikatu, jaki mógł wtedy paść – „Idę, jak mnie matka zrodziła, radzę uważać!” – następował ogólny popłoch wśród sekretarek, które umykały korytarzami tak szybko, jak tylko pozwalały na to obcasy. Kiedy już ostatecznie postanowił się ubrać, z racji delikatnej skóry upierał się, że do noszenia nadaje się tylko jedwabna bladoróżowa bielizna najwyższej jakości, co oznaczało wydawanie bajońskich kwot w domach towarowych Army & Navy. „Jock” Colville, jeden z osobistych sekretarzy Winstona, wspominał, że wyglądał w nich „jak dość sympatyczne prosię”. Jedwabnym podkoszulkom towarzyszyły cudownie pretensjonalne jedwabne szlafroki wyszywane w smoki i kwiaty. Doniesienia o jego wystawnych gustach i dziwacznych nawykach dotarły nawet do Berlina, Joseph Goebbels bowiem zapisał w pamiętniku: „Wzmianka na temat książki o Churchillu, że żłopie i nosi jedwabną bieliznę w kolorze różowym. Dyktuje, siedząc w wannie albo w majtkach; poruszający widok, który Führera wspaniale rozśmiesza”.

Churchill z pewnością nie obrażał się, że naziści kpili z niego – w końcu niedocenianie przez przeciwnika nie jest złe. Osoby z grona jego znajomych natomiast utrzymują, że nie był pijaczyną. Alkohol spożywał od tak dawna, że poza sporadycznymi gafami jego tolerancja trunków była nadzwyczajna. Gdy kiedyś zapytano go, jakim cudem potrafi pić w ciągu dnia, odpowiedź była krótka i prosta: „Praktyka”.

Jak więc w jego przypadku wyglądało spożywanie alkoholu? Pierwszą whisky z sodą, aczkolwiek bardzo słabą, raczył się po upływie mniej więcej godziny od porannej konsumpcji jajecznicy na bekonie. Podczas wojny nienawiść do mleka skondensowanego była tak wielka, że przestał pić herbatę jako tradycyjny dodatek do śniadania i zastąpił ją kieliszkiem słodkiego niemieckiego białego wina. Nie była to zatem klasyczna zawartość tacy ze śniadaniem. Do obiadu opróżniał butelkę szampana Pol Roger, a kolejną do kolacji, po posiłku jeszcze popijaną dobrym porto lub brandy do godzin nocnych. Taki porządek rzeczy zachowywał poza kilkoma wyjątkami codziennie przez całe swoje długie życie.

Tu oczywiście nasuwa się to samo pytanie, które zadawali sobie naziści: jakim cudem taki człowiek, w takim stanie, mógł przeprowadzić kraj przez najniebezpieczniejsze chwile w dziejach. Kultowy wizerunek żującego cygaro poety z nieodłączną szklaneczką szkockiej w dłoni – a sam Winston zrobił wiele, żeby taki wizerunek umacniać – dzisiaj może bawić. Wówczas jednak, w niedzielę 12 maja 1940 roku, jego zszargana opinia nie powodowała, że komuś było do śmiechu. (…)

Churchill miał świadomość, jak groźne mogą okazać się takie opinie. Każdy jego krok był szczegółowo analizowany. Jeśli Winston miał pozostać premierem, musiał tych inaczej myślących przekonać do siebie. Miał wtedy potężne wsparcie opinii publicznej. Już od niemal roku prasa apelowała o włączenie go do rządu [nim w 1940 r. objął urząd premiera, Churchill wchodził w skład gabinetu premiera Nevilla Chamberlaina jako Pierwszy Lord Admiralicji] a na ulicach Londynu pojawiły się afisze: „No i co z tym Churchillem?” (…)

Generał Ismay [Hastings Lionel Ismay, podczas II wojny światowej szef sztabu Winstona Churchilla i sekretarz rządu wojennego – przyp. red.] wspominał, jak dwa, trzy dni po objęciu przez Churchilla stanowiska premiera [urząd objął 10 maja 1940 r. i sprawował go do 27 lipca 1945 r. – przyp. red.] szedł razem z nim z Downing Street do siedziby Admiralicji. Grupka osób zgromadzonych przed prywatnym wejściem pozdrowiła go okrzykami typu: „Powodzenia, Winnie. Niech Pan Bóg ci błogosławi”. Był wyraźnie wzruszony i gdy tylko znaleźliśmy się w środku budynku, zalał się łzami. „Biedni ludzie – powiedział – naprawdę biedni. Ufają mi, a ja przez dłuższy czas będę mógł im zaproponować jedynie dramat”. (…)

Czas prób dobiegł końca 4 czerwca 1940 roku, dwadzieścia minut przed czwartą po południu. Ewakuacja Dunkierki [tzw. operacja Dynamo; podjęta w czasie kampanii francuskiej udana próba ewakuacji Brytyjskiego Korpusu Ekspedycyjnego oraz części wojsk francuskich i belgijskich, przeprowadzona w dniach 26 maja – 4 czerwca 1940 r. z Dunkierki na terenie północnej Francji do Wielkiej Brytanii – przyp. red.] zakończyła się, a trzysta trzydzieści tysięcy żołnierzy zostało jakimś cudem bezpiecznie sprowadzonych do kraju.

Premier powstał przed pękającą w szwach Izbą Gmin. Zrobił cztery kroki ku mównicy. Przemawiał w sumie trzydzieści cztery minuty, zaczynając od szczegółowego przedstawienia sytuacji we Francji w ostatnich tygodniach, następnie zaś przechodząc do ewakuacji Dunkierki. Nie było tonowania prawdy, jego słowa były szczere, obrazowe i wstrząsające. Szczegółowo przedstawił potęgę nazistów, a także bohaterskie dokonania tych, którzy stracili życie podczas obrony portu. Akcję ewakuacyjną nazwał „cudem ocalenia – osiągniętym dzięki dzielności, wytrwałości, doskonałej dyscyplinie, bezbłędnej służbie, zaopatrzeniu, zręczności, niepokonanej wierności”, ale podkreślił: „Wojen nie wygrywa się ewakuacjami”.

Churchill zaczynał się rozgrzewać i coraz mocniej odwoływał się do chwytów retoryki, które tak dobrze znał. (…) Mówił o planach Hitlera, by dokonać inwazji, ale przypomniał społeczeństwu, że przez stulecia Napoleon i inni „kontynentalni tyrani” snuli podobne plany, lecz nigdy nie zakończyło się to powodzeniem. Aż wreszcie przeszedł do peroratio, zakończenia, nad którym szczególnie mocno pracował:

Ja sam w pełni ufam, że jeżeli wszyscy wykonają swoje obowiązki, jeżeli niczego się nie zaniedba i jeżeli wszystkie przygotowania zostaną poczynione, tak jak do tej pory, dowiedziemy znów, iż potrafimy obronić naszą wyspę, przetrzymać burzę wojny i przeżyć groźbę tyranii, jeżeli to konieczne – latami, jeżeli to konieczne – samotnie. W każdym razie spróbujemy to zrobić. Takie jest postanowienie rządu Jego Królewskiej Mości – każdego członka tego rządu. Taka jest wola parlamentu i narodu. Brytyjskie imperium i francuska republika, połączone wspólną sprawą i wspólną potrzebą, będą bronić aż do śmierci ojczystej ziemi, pomagając sobie wzajemnie jak dobrzy towarzysze, ze wszystkich sił. Choć ogromne obszary Europy i wiele starych i sławnych państw wpadło w ręce gestapo i potwornego aparatu nazistowskich rządów, my nie damy za wygraną, nie zabraknie nam odwagi. Będziemy walczyć do końca. Będziemy walczyć we Francji, będziemy walczyć na morzach i oceanach, będziemy walczyć z coraz większą wiarą i siłą w powietrzu, będziemy bronić naszej wyspy bez względu na koszty, będziemy walczyć na plażach, na lotniskach, na polach, na ulicach, będziemy walczyć na wzgórzach; nigdy się nie poddamy i nawet jeżeli ta wyspa lub duża jej część, w co nie wierzę ani przez chwilę, zostanie podbita i będzie głodować, nasze zamorskie imperium, uzbrojone i chronione przez brytyjską flotę, będzie kontynuować walkę, dopóki w stosownym dla Boga czasie nowy świat nie przybędzie ze swoją potęgą i mocą, by uratować i wyzwolić stary świat.

Przemówienie okazało się strzałem w dziesiątkę. Jego siła była niezaprzeczalna, odbiór zaś – entuzjastyczny. Kilku labourzystowskich deputowanych zalało się łzami. Churchill później stwierdził, nawiązując do wielkiego zadania, jakie przed nim stanęło – przemówienia do Brytyjczyków – że to oni byli „tymi, którzy mają lwie serce”, a on jedynie „miał to szczęście, że został wezwany, żeby zaryczeć”. Ryk ten nigdy nie był donośniejszy niż wtedy, w tych najtrudniejszych dla nich chwilach. (…) Podobnie jak w swoim przemówieniu „Krew, znój, łzy i pot”, tak i tu wyraźnie zarysował powtórzenia na początku następujących po sobie zdań. A odwołując się do liczby mnogiej – „będziemy walczyć” – podkreślał, że będzie wraz z narodem, stanie u jego boku, na każdym zakręcie tej drogi.

W swoim eseju „The Scaff olding of Rhetoric” Churchill wskazywał, że „krasomówca jest ucieleśnieniem pasji tłumów”. I teraz premier przemawiał głośno, przekonany o tym, że ludność Wielkiej Brytanii podejmie wraz z nim walkę do samego końca. Historyk David Cannadine zauważył, że Churchill wybrał taki język, ponieważ ten „odzwierciedlał żywo i bezpośrednio to, jakim był wówczas człowiekiem […]. Charakter jednocześnie prosty, żarliwy, niewinny i niezdolny do oszustwa czy intrygi, ale również charakter większy niż życie, romantyczny, rycerski, bohaterski, wielkoduszny i bardzo kolorowy”.

Wszystkie te przymioty widać jaskrawo w powyższym przemówieniu. Ono wręcz kipi emocjami i odwagą, lecz przede wszystkim bije z niego nadzieja. Churchill podaje ludziom rękę, aby przeprowadzić ich przez nadchodzące trudności. Był wtedy premierem zaledwie od dwudziestu pięciu dni. Musiał mierzyć się z bezgranicznym napięciem związanym z wojną, a także z nieufnością ze strony własnego rządu. Przede wszystkim jednak musiał stawić czoło własnym obawom i wątpliwościom, a w starciu tym utorował sobie drogę ku temu, by zdobyć kredyt zaufania i niekwestionowane przywództwo.

Czterdzieści dwa lata wcześniej dwudziestotrzyletni Churchill napisał:

Spośród wszystkich talentów, jakimi obdarzono ludzi, żaden nie jest tak cenny jak talent krasomówczy. Kto go posiada, ten dzierży w swoim ręku władzę trwalszą od królewskiej. Stanowi niezależną siłę w świecie. Nawet ktoś porzucony przez stronników, zdradzony przez przyjaciół, pozbawiony piastowanych urzędów wciąż wzbudza szacunek, gdy włada ową siłą. Niejeden widział jej skutki. Zgromadzenie sposępniałych obywateli, schowanych za cynizmem wszechobecnym w tych mało porywających czasach, nie zdoła odeprzeć jej wpływów. Od obojętnego milczenia przechodzą oni do powściągliwej aprobaty, a z owego miejsca – do całkowitej zgodności z mówcą. Okrzyki są wznoszone coraz częściej i głośniej, entuzjazm ludzi wkrótce rośnie, aż ogarniają ich niekontrolowane spazmy i są wstrząśnięci namiętnościami, w wyniku których porzucają swoją drogę.

Przemówieniem z 4 czerwca Winston spełnił powyższe warunki – stał się „niezależną siłą w świecie”, człowiekiem wzbudzającym szacunek, z władzą szerszą niż królewska – i dzięki temu wytyczył swoimi rodakom kierunek dla ich namiętności.

Każdy przywódca musi mieć nieco szczęścia: musi trafić na czasy odpowiadające jego zdolnościom. Winston nie był stworzony na czasy spokojne. Miał dar odnajdywania się w sytuacjach kryzysowych, dokonywania aktów męstwa i nawoływania doń, a często i skłonność do ryzykanctwa oraz zbyt niskiej oceny ryzyka. Tam, gdzie politycy bardziej kierujący się zdrowym rozsądkiem obawiali się skutków swoich decyzji, on – i to przez całe życie – nie był skłonny do rozmyślań nad ich negatywnymi aspektami i niełatwo przychodziło mu pojąć takie rozmyślania u innych. Zuchwałość jest cechą znamienną dla wielu wielkich przywódców, ale może objawiać się równie dobrze w podłości, jak i w świetności. O różnicy ostatecznie rozstrzyga to, czy przywódca ma rację.

*Fragment książki „Czas mroku. Jak Churchill zawrócił świat znad krawędzi” w polskim przekładzie Jana Wąsińskiego

Anthony McCarten. Pisarz, dramatopisarz, scenarzysta. Autor scenariusza
do filmu Teoria wszystkiego, za który zdobył nominację do Oskara oraz nagrodę BAFTY (Nagrodę Brytyjskiej Akademii Filmowej).

weekend.gazeta.pl